MAŁGORZATA SKULSKA: KINO TO OKNO DO SPOGLĄDANIA NA ŚWIAT, W KTÓRYM ŻYJĄ INNI

08.02.2019
Najważniejsze / MAŁGORZATA SKULSKA: KINO TO OKNO DO SPOGLĄDANIA NA ŚWIAT, W KTÓRYM ŻYJĄ INNI

Małgorzata Szlagowska-Skulska od 12 lat jest dyrektorem Festiwalu filmów rosyjskich «Sputnik nad Polską» i Festiwalu filmów polskich w Rosji «Wisła». Oba festiwale corocznie gromadzą dziesiątki tysięcy widzów w obu krajach. Ostatni festiwal odbył się w Polsce w listopadzie 2018 roku i pokazał ponad 100 filmów z Rosji dla widzów w Warszawie. O tym od jakiego rosyjskiego filmu rozpoczęła się jej droga w świecie filmu, skąd wziął się pomysł na pierwszy «Sputnik», o cechach charakterystycznych polskiej i rosyjskiej kinematografii z panią Małgorzatą Szlagowską-Skulską rozmawiała sekretarz prasowy «Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia» Anna Czernowa.

Pierwszy Festiwal Filmów Rosyjskich «Sputnik nad Polską» odbył się w 2007 r. Jak narodziła się jego idea? Przecież do tego czasu przez 25 lat rosyjska kinematografia w Polsce była praktycznie nieobecna…

Był to swoisty eksperyment. Wynikał on z tego, że bardzo lubiłam rosyjską kulturę, rosyjskie kino. Często oglądałam stare rosyjskie filmy w warszawskim Kinie «Iluzjon», bo tylko w tym miejscu w stolicy były grane. Jeżeli chodzi o nowe kino rosyjskie, u nas w Polsce nikt jego nie znał. Pomiędzy 1990 a 2000 r. w dystrybucji w polskich kinach znalazło się zaledwie dziesięć rosyjskich filmów. Jak łatwo policzyć, przez dziesięć lat wypadał jeden film na rok. Były to między innymi: «Straż dzienna», «Straż nocna», «9. kompania», jeden z filmów z serii «Brat»…

Kiedy zainteresowała się pani rosyjskim kinem?

Bardzo lubiłam film «Diabeł morski». Śmieszna historia, bo jak miałam dwanaście lat to zakochałam się w głównym bohaterze. Po dwudziestu kilku latach kupiłam prawa do tego filmu i wydałam go na DVD. W ten sposób, w pewnym sensie, życie zatoczyło koło. Z polskiej telewizji znałam filmy Tarkowskiego. Z wykształcenia jestem finansistą i bankowcem. Doktoryzowałam się w Szkole Głównej Handlowej, zrobiłam MBA. Pracowałam w dużych międzynarodowych korporacjach: amerykańskiej, szwedzkiej, niemieckiej. O tym jak się organizuje festiwal miałem znikome wyobrażenie, bo wówczas z kinem łączyło mnie tylko to, że lubiłam oglądać rosyjskie filmy.

Ale udało się. Jak pani sobie poradziła?

Przyznaję, że było ciężko. Pojawił się problem z finansowaniem. Na pewno to była najtrudniejsza edycja z dotychczasowych. Ale eksperyment się udał. Pokazaliśmy 64 filmy, w osiemdziesięciu procentach była to klasyka: dzieła Tarkowskiego, Romma, Eisensteina. Projekcje cieszyły się dużą popularnością. Myślałam, że to będzie projekt jednorazowy, jednak wysoka frekwencja – prezentowane przez nas filmy obejrzało prawie szesnaście tysięcy widzów – pokazała, że wśród publiczności filmowej w Polsce istnieje duże zapotrzebowanie na kulturę rosyjską. I tak to się zaczęło. Pierwsze edycje były o tyle trudne, że nie znaliśmy się na aspektach technicznych, chociażby jak się wgrywa napisy itd. Wszystkiego musieliśmy się nauczyć od podstaw. Teraz odbyła się 12. edycja. Mam nadzieję, że w 2019 r. będzie szczęśliwa trzynastka.

Kiedy w Rosji pojawił się bliźniaczy festiwal «Wisła»?

Już rok po pierwszym «Sputniku», czyli w 2008 r., odbyła się pierwsza edycja Festiwalu Filmów Polskich «Wisła». Postawiliśmy na wzajemność relacji. Pojawiła się możliwość współpracy z moskiewskim kinem «Chudożestwiennyj» i wykorzystaliśmy ją, aby rosyjska publiczność mogła się zapoznać z polską kinematografią. Ta inicjatywa również odniosła sukces. Tegoroczna, jedenasta edycja «Wisły» odbyła się już w pięciu moskiewskich kinach. Chcę zaznaczyć, że w obydwu przypadkach promujemy nie tylko kino. Cały czas się rozwijamy. Jeżeli chodzi o skalę naszego przedsięwzięcia to w tym roku na «Sputniku» pokazaliśmy 108 filmów podzielonych na 16 kategorii – od dokumentu, przez animację, krótki metraż czy filmy fabularne stricte festiwalowe, czyli takie, które nie trafiają do szerokiej dystrybucji. Ale do tego doszło też ponad siedemdziesiąt wydarzeń towarzyszących: koncerty, wystawy, spektakle teatralne, warsztaty, premiery tłumaczeń literatury rosyjskiej. Stąd «Sputnik» równie dobrze mógłby nosić nazwę Festiwalu Kina i Kultury Rosyjskiej.

Ilość filmów pokazywanych w ramach «Sputnika» rzeczywiście jest imponująca. W jaki sposób odbywa się ich dobór?

Jeździmy na festiwale do Wyborga, do Soczi, do Moskwy. Poza tym «Sputnik» jest już znany wśród rosyjskich filmowców i na kilka miesięcy przed festiwalem producenci czy reżyserzy sami zgłaszają do nas swoje filmy. Wybór jest o tyle trudny, że nigdy nie wiadomo, co widzom przypadnie do gustu a co się im nie spodoba. Stawiamy więc na różnorodność.

«Sputnik» to nie tylko Warszawa, bo po Warszawie wyjeżdża do innych polskich miast. Czy w innych miastach też budzi zainteresowanie?

Owszem. Choć w pozostałych miastach pokazujemy od siedmiu do dwudziestu filmów. Nie stać nas po prostu na to, aby poza stolicą Festiwal był organizowany z takim samym rozmachem. Oczywiście chcielibyśmy, aby np. we Wrocławiu, w Białymstoku czy w Lublinie nasz festiwal był większy. Wszystko rozbija się o środki finansowe. Jeżeli chodzi o skalę przedsięwzięcia to jesteśmy drugim lub trzecim festiwalem w Polsce, хотя mamy jeden z najmniejszych budżetów. Natomiast terytorialnie jesteśmy najwięksi – docieramy do największej ilości zakątków w Polsce. I mamy największą ilość wydarzeń towarzyszących.

«Wisła» to również nie tylko Moskwa…

Tak, poza Moskwą «Wisła» gości jeszcze w 24 innych rosyjskich miastach. One się co roku zmieniają. Poza tym Festiwal «Wisła» odbywa się już w dziewięciu państwach, na przykład w Kirgistanie, Azerbejdżanie, Kazachstanie, na Białorusi…

Wspomniała Pani, że co roku obydwa festiwale wzbogacane są przez rozliczne wydarzenia towarzyszące. Kto je wymyśla? Czy może Pani powiedzieć coś o swoich współpracownikach i wolontaruiszy?

Przez te wszystkie lata udało nam się stworzyć zespół ludzi, których poza pracą łączy też przyjaźń. Stali współpracownicy to: Natalia Walka, Małgorzata Majewska, Roksana Pietruczanis. Poza tym prawie dwustuosobowa grupa wolontariuszy pracujących z ogromnym zaangażowaniem. Większość z nich włada językiem rosyjskim, wszyscy interesują się rosyjską kulturą. Zgłosiło się do nas na wolontariat około trzystu osób, ale to już za dużo. Organizując kolejne edycje dyskutujemy nad programem, ale też zdążyliśmy zdobyć rozeznanie co do oczekiwań publiczności. Na przykład zawsze dużym zainteresowaniem cieszą się spotkania z podróżnikami i pokazy slajdów z ich wypraw. Również spotkania z autorami książek o tematyce rosyjskiej – podczas nich zazwyczaj brakuje miejsc na Sali, tak dużym zainteresowaniem się cieszą. Warsztaty kaligrafii, warsztaty gry na drumli, warsztaty śpiewu gardłowego, warsztaty śpiewu cerkiewnego – są to wydarzenia, na które zazwyczaj już na trzy tygodnie przed rozpoczęciem Festiwalu nie ma miejsc. W przypadku warsztatów dla dzieci sytuacja wygląda tak samo – liczba zainteresowanych przewyższa liczbę miejsc.

W ramach tegorocznej edycji «Sputnika» odbyło się otwarcie wystawy «Ekranizacje literatury rosyjskiej». Jak czytamy w festiwalowym katalogu: «poświęcona jest znanym na całym świecie dziełom rosyjskich klasyków, zekranizowanym przez najlepszych rosyjskich i radzieckich reżyserów».

Zorganizowaliśmy tę wystawę z myślą o ogłoszonym na 2019 r. «Roku Teatru w Rosji» i «Roku Książki» w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw. Na otwarciu wystawy w Rosyjskim Ośrodku Nauki i Kultury pojawiło się około stu pięćdziesięciu osób. Wernisaż uświetnił swoją prelekcją naukową dr Grzegorz Szymczaka, specjalista w dziedzinie literaturoznawstwa i kultury rosyjskiej. Ciekawie opowiadał na przykład o kinowej adaptacji powieści Iwana Turgieniewa «Szlacheckie gniazdo», w reżyserii Andrieja Konczałowskiego, gdzie główną rolę zagrała Beata Tyszkiewicz.

Na ile takie inicjatywy jak «Sputnik» i «Wisła» mogą dopomóc w zbliżeniu pomiędzy narodami?

Na tej niwie jest to mała kropelka, ale niezwykle istotna. Spójrzmy też na to w ten sposób: to nie jest efemeryczne wydarzenie – jak na przykład jakiś jeden koncert – nie, to jest szereg wydarzeń. Ale zanim te jedenaście dni wypełni się bogactwem festiwalowego programu – poprzedza je miesiąc promocji. Zaś w skali roku jest to aż półtora tysiąca informacji w mediach. Co się tyczy «Sputnika», to po Warszawie trwa on od grudnia do kwietnia w innych miastach. Sumując, przekłada się to na sześć miesięcy obecności kultury rosyjskiej w przestrzeni medialnej i publicznej w Polsce. Nie istnieje w Polsce inna inicjatywa promująca rosyjską kulturę, która trwałaby tak długo w skali roku i obfitowała w taką ilość wydarzeń. Odnośnie liczby widzów konkurować z nami mogą wyłącznie występy Chóru Aleksandrowa, który od piętnastu lat jest witany przez publiczność w Polsce z niezmiennym entuzjazmem. Zdarzyło się raz, że podczas jednego tournée odwiedził 26 miast w Polsce – był więc tu przez cały miesiąc.

Wróćmy do Festiwalu «Wisła». Zdaje się, że wcześniej, zanim podjęła się Pani organizacji tego festiwalu,  przeciętnemu rosyjskiemu widzowi na hasło «polskie kino» przychodziły do głowy raczej tylko takie postacie jak Krzysztof Zanussi, Andrzej Wajda…

Myślę, że Festiwalowi «Wisła» udało się zapoznać miłośników kina w Rosji z nowym pokoleniem polskich twórców. Zaczynaliśmy od 16 filmów, w tym roku było ich już 80. Na wszystkie seanse zawsze jest sprzedana pełna pula biletów. Oczywiście prezentujemy też klasykę, ale głównie skupiamy się na twórczości nowego pokolenia. Polskie filmy nie są wydawane w Rosji na DVD. Dlatego dla osób w Rosji zainteresowanych tym co się dzieje w kinematografii ich polskiego sąsiada wypełniamy tę lukę. Na przestrzeni jedenastu lat pokazaliśmy w Rosji około 600-700 polskich filmów i na przestrzeni dwunastu lat ponad 1700 rosyjskich filmów w Polsce. Pokazom towarzyszą spotkania z ludźmi rosyjskiego filmu. Gościli u nas między innymi: Konczałowski, Michałkow, Sokurow, Ławronienko, Szachnazarow… Zaś do Rosji przyjeżdżali: Smarzowski, Sadowska, Dziędziel, Jerzy Stuhr, Koterski i wiele, wiele innych wybitnych postaci związanych z polskim filmem.

A czym Pano zdaniem polskie kino się różni od kinematografii rosyjskiej?

Jeżeli chodzi o duże produkcje to na pewno różni się budżetem. Ten w rosyjskim kinie jest o wiele większy. Poza tą zasadniczą różnicą dostrzegam więcej podobieństw niż różnic. Natomiast odnośnie filmu artystycznego to myślę, że nie odbiegamy za wiele od siebie. Rosyjscy twórcy jak i polscy też potrafią opowiadać o rzeczywistości w swoim kraju dosadnie.  Albo weźmy dla przykładu dwa filmy: rosyjski «Ładunek 200» Bałabanowa i polski «Dom zły» Smarzowskiego – bardzo podobna wrażliwość filmowa.

Czy poprzez dzieło filmowe można zrozumieć kulturę innego kraju?

Oczywiście, że tak. Dotyczy to też jego historii. Przy czym, co jest w tym przypadku wielce pomocne,  Rosjanie też lubią kino historyczne: «9. kompania», «Admirał», «Matylda». Przecież wielu Polaków w ogóle nie wiedziało o istnieniu Matyldy Krzesińskiej. Potrzeba było dopiero rosyjskiego filmu, aby się o niej dowiedzieli. Oprócz tego oczywiście filmy dokumentalne. Albo takie filmy jak «Białe noce listonosza Andrieja Triapicyna», «Car-Ptak» czy «Walentyna Kropiwnicka: W poszukiwaniu utraconego raju» – i długo by tak jeszcze można było wymieniać filmy niezwykle pomocne dla zrozumienia rosyjskiej kultury. Kino jest niczym zwierciadło, w którym można się przejrzeć samemu, ale też jak okno przez które można spojrzeć na świat, w którym żyją inni.