ARTUR GORZELAK: JEST JESZCZE WIELE MIEJSC W ROSJI, KTÓRE CHCIAŁBYM ODWIEDZIĆ

29.11.2020
Najważniejsze / ARTUR GORZELAK: JEST JESZCZE WIELE MIEJSC W ROSJI, KTÓRE CHCIAŁBYM ODWIEDZIĆ

 

Artur Gorzelak nie tylko podróżuje po całym świecie, ale także pisze o tym książki.  Przeczytaliśmy jego książkę pt. “Zostawieni na lodzie. Piesza przeprawa przez Bajkał” I chcieliśmy porozmawiać z nim osobiście o tym jak to jest pieszo pokonać zamarznięte „Syberyjskie Morze”…  Przeczytajcie o tym w wywiadzie przygotowanym przez rzeczniczkę prasową Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia Annę Czernową.

Panie Arturze, przeszedł Pan przez jezioro Bajkał i, o ile mi wiadomo, zrobił Pan to w ekstremalnych warunkach pogodowych. Nie każdy Rosjanin wybrałby się na taką wyprawę. W jaki sposób narodził się u Pana ten pomysł?

Latem 2017 roku przejechałem Japonię i Koreę na rowerze zatrzymując się i trenując judo w lokalnych dojo – salach treningowych. Doświadczenie z 2017 roku skłoniło mnie do poszukiwania kolejnych wyzwań. Bardzo szybko wspólnie z żoną znaleźliśmy w internecie coś co momentalnie przykuło naszą uwagę. Pierwszy zimowy ultramaraton w Azji przebiegający po tafli zamarzniętego Bajkału. Brzmiało to bardzo atrakcyjnie a zarazem groźnie. Skrupulatnie zaczęliśmy zbierać informacje na temat tego jakie warunki pogodowe panują na początku marca na Bajkale, jak należy przygotować się logistycznie i fizycznie na taką wyprawę.

Dlaczego wybrał Pan okres wiosenny zamiast lata, które jest przecież bardziej popularne wśród turystów?

Termin naszego wyjazdu wybraliśmy ze względu na datę startu ultramaratonu – na początku marca. Absolutnie tego nie żałujemy. Bajkał zimową porą wygląda zjawiskowo.

Czy był Pan wcześniej w Rosji?

Tak, odwiedziłem mojego kolegę mieszkającego w Moskwie. Podróż nad Bajkał była pierwszą, aby odkryć piękno rosyjskiej przyrody. W bieżącym roku udało nam się także zdążyć przed lock-downem i odwiedziliśmy najpiękniejsze zakątki Półwyspu Kolskiego. Wyprawę na Półwysep Kolski opisuję w mojej najnowszej książce: “Pod bieguny”, której patronem medialnym ku mojej uciesze jest Festiwal filmów rosyjskich „Sputnik nad Polską”. Zapraszam także na pokaz slajdów online, który będę miał szansę poprowadzić w ramach festiwalu.

Jak przebiegały przygotowania? Czy podczas przygotowań były jakieś dodatkowe wyzwania?

Przede wszystkim dużym wyzwaniem było skompletowanie odpowiedniego sprzętu: odzieży, sań. Specjalny sprzęt tzw. pulkę (sanie) sprowadziliśmy z Finlandii i kilka dobrych dni poświęciliśmy na naukę poruszania się z nimi. Przygotowywaliśmy się biegając, truchtając. W ramach przygotowań uczestniczyliśmy także w zimowym ultramaratonie po ośnieżonych szczytach Kalabrii (Włochy), co pozwoliło nam przetestować zakupiony sprzęt w warunkach bojowych.

Czego się bał Pan przygotowując się do wyjazdu?

Największym wyzwaniem była zmienna, surowa pogoda. Temperatura poniżej 30 stopni Celsjusza, mroźny wiatr krępujący ruchy. Dodatkowo w przypadku załamania pogody istniało ryzyko noclegu pod gołym niebem. Bałem się także spotkania z rosomakami, których podobno jest dość sporo w nadbajkalskich lasach.

Czy chodzenie po lodzie nie było przerażające, kiedy pod Panem były masy wody? A może zapomina się o tym z powodu adrenaliny?

Pierwsze kroki stawialiśmy niepewnie. Po chwili zapomina się jednak, że pod nami jest otchłań najgłębszego jeziora na świecie.

Jaka była najtrudniejsza część wyprawy?  Czy zdarzały się Państwu jakieś ekstremalne sytuacje?

Z pewnością najtrudniejsze chwile naszego uczestnictwa w ultramaratonie odnoszą się do momentu, gdy po kilku godzinach truchtu-marszu i przebyciu ponad 40 kilometrów byliśmy wciąż kilka kilometrów od checkpointu, a zaczynał nas ogarniać mrok. Temperatura momentalnie spadła, wiatr przybrał na sile, a śnieg zaczął padać coraz intensywniej. Tafla jeziora w części pokryta była śniegiem, a częściowo była odsłonięta – zatem mieliśmy problem z doborem odpowiednich raków, które ułatwiłby nam chodzenie po lodzie. Aby nie mieć problemu z nawigacją zdecydowaliśmy się podejść bliżej krawędzi jeziora, aby w tych warunkach przypadkiem nie minąć miejsca postoju przygotowanego przez organizatora. Niestety to nie był dobry pomysł! Lód tuż przy brzegu jest kruchy i cienki. Bardzo często powstają w nim rozpadliny. Moja żona wpadła do jednej z nich zanurzając nogę do kolana. Mokra noga przy tak ekstremalnej pogodzie nie wróży nic dobrego, dlatego zadzwoniliśmy po pomoc. Na nasze szczęście obsługa ultramaratonu wyjechała UAZ-em na taflę Bajkału, aby pomóc innym uczestnikom biegu i dzięki temu bezpiecznie dotarliśmy do pierwszego checkpointu.

Bajkał nazywany jest Syberyjskim Morzem.  Co na Pana zrobiło największe wrażenie w tym jeziorze?

Ciężko będzie mi wymienić jedną rzecz. Z pewnością nie zapomnę pięknych obrazów popękanego grubego lodu, którym przez pół roku jest skuty Bajkał. Niesamowite jest także to, że w zależności od pory dnia czy od pogody, Bajkał zmienia swe oblicze będąc zjawiskowo pięknym a zarazem groźnym.

Czy oprócz samego Bajkału udało się Państwu poznać Syberię?  

Po zakończeniu ultramaratonu naszym centrum logistycznym stał się Irkuck – stolica obwodu –  największe miasto zlokalizowane w pobliżu jeziora. Tak naprawdę większość wyjazdu poświęciliśmy na poznanie Bajkału: odwiedziliśmy wyspę Olchon, odwiedziliśmy niewielkie gospodarstwo agroturystyczne Buguldejkę oraz obejrzeliśmy południowy i wschodni brzeg Bajkału przemieszczając się koleją transsyberyjską do stolicy Buriacji – Ułan Ude.

Jak reagowali na was miejscowi? Czy rozumieliście się z Rosjanami?  W książce jest słowo “półruski język”. Proszę, niech Pan powie, co ono oznacza…

Nie mówię po rosyjsku. Znam jedynie kilka podstawowych słów. Nie mam jednak oporów by próbować swoich sił w komunikacji, zatem często próbuję komuinikować się wykorzystując w dużej mierze język polski. To oczywiście żart, ale czasem jednak w ten sposób można dojść do porozumienia z Rosjanami. Rosjanie przyjmowali nas bardzo serdecznie.

Wiem, że był Pan w buriackiej wiosce, a także odwiedził jurty nomadów.  Czy mieszkańcy byli gościnni, czy poznał Pan tradycyjną kuchnię, zwyczaje?

Zgadza się. To jeden z ciekawszych aspektów naszej wyprawy. W buriackiej wiosce zostaliśmy zapoznani z ceremonią powitania i złożenia hołdu lokalnym bóstwom. Nasz lokalny przewodnik Ilia, który jest Buriatem wyśmienicie przedstawił nam kulturę, historię i zwyczaje lokalnej ludności. Skorzystaliśmy też z tradycyjnej ruskiej bani, która była zbawienna po wielogodzinnym wysiłku. Dowiedzieliśmy się także jak żyli Nomadzi – koczowniczy lud zamieszkujący te tereny wiele lat temu. Próbowanie lokalnych smakołyków to dla mnie nieodłączny element wyjazdów turystycznych. Bardzo smakowały nam pozy – pierożki wypełnione farszem warzywnym i mięsem. Trzeba także wspomnieć wyśmienite mięso omula – endemitu bajkalskiego.

W książce Pan mówi, że Bajkał jest środkiem Azji, gdzie kultura wschodu i zachodu przeplatają się ze sobą. Proszę powiedzieć, co to dla Pana oznacza?

Dla mnie dobrym przykładem była miejscowość Ułan Ude, w której znajdziemy zarówno cerkwie prawosławne jak i świątynie buddyjskie. Co więcej już same pozy są z mojej perspektywy pewną hybrydą pierogów znanych w naszej części świata, a także słynnych azjatyckich dim sumów, a więc pierożków robionych na parze. Zatem w tym miejscu możemy znaleźć wiele odniesień dla świata wschodu i zachodu.

W naszej pracy czasami spotykamy się ze stereotypami czy uprzedzeniami  dotyczącymi podróży do Rosji, które często znikają, gdy przyjeżdżają tu nasi polscy koledzy.  Czy po tej podróży zmieniło się Pana postrzeganie Rosji i Rosjan?

Raczej nie. Myślę, że ludzie wszędzie na świecie są do siebie podobni. Ja mam bardzo pozytywne doświadczenie związane ze spotkanymi ludźmi podczas naszej syberyjskiej przygody – opisałem to również w mojej książce.

Czy zamierza Pan ponownie przyjechać do Rosji? Może ma Pan jakieś marzenie podróżnicze odnośnie Rosji?

Bardzo bym chciał wrócić do Rosji. Na mojej liście jest jeszcze wiele miejsc, które chciałbym odwiedzić w tym kraju. Z pewnością chciałbym zobaczyć Kamczatkę, Jakucję, a także odbyć podróż z Władywostoku do Japonii. Wszystko przede mną!

Zdjęcia: Artur Gorzelak