IWAN MARTYNUSZKIN: 9 MAJA TO ŚWIĘTY DZIEŃ RODZINNY

12.05.2022
Konkursy / IWAN MARTYNUSZKIN: 9 MAJA TO ŚWIĘTY DZIEŃ RODZINNY

W ramach akcji Rospolcentrum „Moja historia: pamięć o Zwycięstwie”

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin to uczestnik Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, starszy lejtnant, dowódca kompanii 1087. pułku strzeleckiego 322. dywizji 60. armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego. Był dwa razy ranny i kontuzjowany. Jeden z żołnierzy radzieckich, którzy wyzwolili Oświęcim. W tym roku Iwan Stiepanowicz ukończy 99 lat. Za kilka dni przed Dniem Zwycięstwa spotkaliśmy się z Iwanem Stiepanowiczem i jego córką Iriną Iwanowną. Dziękujemy ich bardzo za udzielony wywiad, życzymy dobrego zdrowia i pozdrawiamy z Dniem Zwycięstwa!

Irina Iwanowna: Tata udzielił około 60. wywiadów przez ten czas oraz nakręcono o nim kilka filmów dokumentalnych. Bardzo dobry film pod tytułem „Moja wojna” kręcono w „Muzeum Zwycięstwa” na Pokłonnej Górze. Poza tym był jeszcze film dokumentalny „Kaemiści”, ciągle pokazuje go kanał telewizyjny „Gwiadza”. Oprócz tego dziesięć lat temu został nakręcony „Ołtarz Zwycięstwa”. Wtedy właśnie tata jeździł do Krakowa. Jeszcze w Krakowie kręcono film o wyzwoleniu Polski pod tytułem „Kraków: wysadzenia nie będzie”. Przecież ona (armia) zapobiegła wysadzeniu Krakowa.

Irina Iwanowna pokazuje zdjęcia archiwalne i opowiada, jak Iwan Stiepanowicz jeździł do Krakowa, do Oświęcimia na uroczyste przyjęcia powojenne, jak wcześniej kombatanci co roku gromadzili się w ambasadzie Polski. Rodzina starannie chroni zdjęcia, medale i inne nagrody oraz zaproszenia pamiątkowe.

Rospolcentrum: Iwanie Stiepanowiczu, prosimy Pana opowiedzieć, jak Pan znalazł się na froncie.

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Wtedy byłem na wsi na wakacjach. Wkrótce po przyjeździe pojawiło się ogłoszenie o początku wojny, o ataku. Młodzież w moim wieku od razu zechciała poddać się próbie na froncie. Mieliśmy dość dziecięce wyobrażenie o wojnie – że nasi od razu pokażą Niemcom, i wojna się skończy, a my w ogóle nie zdążymy wziąć w niej udział. Było nawet takie poczucie. Dlatego chodziliśmy po komisariatach wojskowych, prosiliśmy się na front. To była prawdziwa epidemia wśród młodzieży. We wszystkich moskiewskich komisariatach wojskowych były olbrzymie kolejki. Przy czym było tak, że gdy w jednym komisariacie odmawiano, biegliśmy do drugiego. Mieliśmy wtedy jeszcze 17 lat, 18 lat jeszcze nie mieliśmy, więc nie bylyśmy jeszcze w wieku poborowym. We wsi oczywiście wszyscy płakali, bo od razu powołano wszystkich mężczyzn, którzy w tamtym czasie byli zarejestrowani jako rezerwiści. Atmosfera była taka, bo wszyscy już rozumieli, że odprowadzają ich na ciężką wojnę. Potem w miarę jak powoływano, zobaczyłem, że moi rówieśnicy idą. A wtedy nie było moich dokumentów w komisariacie wojskowym w tej wsi, dokumenty były w Moskiwe, ale tam już nie można było wyjechać, bo droga była zablokowana. Nie mogłem tam pojechać. A moja mama nie mogła przyjechać do mnie. Dlatego zebrałem rzeczy i poszedłem do komisariatu wojskowego. Wiek poborowy zaczynał się wtedy z 1923. roku urodzenia, ale urodziłem się w styczniu 1924. roku. Nie wystarczało zaledwie pary-trójki tygodni. A komisariat wojskowy był daleko, około 20. kilometrów na piechotę. I póki tam siedziałem, już zrobiło się ciemno. Powiedziałem: «Nie pójdę do domu. Jest ciemno, droga prowadzi lasem…» Po któtkiej naradzie dano mi zaświadczenie i skierowano mi do punktu rekrutacji w Riazaniu.

Rospolcentrum: Czy przygotowywano tam żołnierzy do wojny?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Tak. Najpierw trafiłem do szkoły łączności, przez jakiś czas byłem w niej. Potem chciałem pójść do szkoły lotniczej, bo przed wojną chodziłem do aeroklubu tutaj. Ale nic się nie udało. W Chabarowsku wtedy została otwarta nowa szkoła karabinów maszynowych, i zaproponowano mi albo wrócić do jednostki wojskowej, albo pojechać do Chabarowska. Poszedłem do szkoły, skończyłem ją jesienią 42. roku. Wtedy skierowano mi na Syberię. Tam trwało przygotowywanie naszych formacji wojskowych, przygotowywanie żołnieży do frontu. Nam, młodym dowódcom, powiedziano: «Wyuczono was, teraz jest wasza kolej, uczycie innych». Byłem na Syberiiprawdopodobnie do września następnego roku. A potem nas, wielką grupę oficerów, około dwustu albo więcej osób, załadowano do pociągów, i pojechaliśmy na front. To był wrzesień 43. roku. Przez cały wrzesień jechaliśmy, a potem przybyliśmy na Ukrainę, na front. To było, gdy zdobyto Kijów. Wszystko się paliło, jeszcze strzelano. Wtedy w Kijowie skierowano nas do zapasowego pułku oficerów, a potem już zaczęto dzielić po dywizjach. Od tego momentu już byłem na froncie. A dalej mój szlak wiódł przez Ukrainę. Jesienią następnego roku już przeszliśmy całą Ukrainę i wyszedliśmy ku granicom Polski. Zajęto przyczółek nad Wisłą, przyczółek sandomierski. Tam były bardzo ciężkie walki. Zajęliśmy ten przyczółek, zabezpieczyliśmy się tam i na tym się zatrzymaliśmy. To było chyba już w październiku. A pod koniec października albo w listopadzie dano mi 10 dni urlopu i odpuszczono do Moskwy po kontuzji. Przeszliśmy całą Ukrainę i byliśmy zupełnie wyczerpani. Trzeba było wzmocnić armię i uzupełnić zapas sprzętu wojskowego. W związku z tym tam się zatrzymaliśmy.

Potem po przyczółku samdomierskim już poszliśmy na Kraków, na Dębicę. Przechodziliśmy przez różne miasta w kierunku Krakowa – Rzeszów, Tarnów, a dalej – na południe, do Czechosłowacji. Po Krakowie już szliśmy raczej po osiedlach, po wsiach. Raczej nie spotykaliśmy już miast.

Rospolcentrum: Czyli do Warszawy wy się nie zbliżali?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Nie, byliśmy w innej części, w południowej. Kiedy już było uzupełnianie i przeformowanie, pojawiło się rozporządzenie Stalina o zasadach zachowywania się żołnierzy radzieckich na granicą. Tam wszystko było dokładnie określone, jak pominniśmy się zachowywać, jak powinniśmy się odnosić do państwa, do ludności. Przy czym to nie było po prostu odczytane, to było prawdziwe szkolenie razem ze szkoleniem wojskowym. Ten rozkaz był przekazany do każdego żołnierza, każdego oficera. Do tego stopnia, że nawet przyjeżdżały specjalne komisje i pytały: «Co znasz o Polsce?»

Rospolcentrum: I jak powinno było się zachowywać?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Po pierwsze zdefiniowano czym jest Polska dla nas. Pierwszym punktem było powiedziane, że Polska to naz sojusznik w walce z niemiecko-faszystowskimi najeźdźcami, że Polska mocno ucierpiała podczas okupacji, podczas wojny. Nasz cel to wszelka możliwa pomoc. Materiały budowlane, zaopatrzenie w żywność. Kiedy zwolniliśmy Kraków, to tam potem odbył się bardzo duży mityng gdzieś na placu, gdzie jest uniwersytet…

Rospolcentrum: Prawdopodobnie na Rynku?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Tak, tam gdzieś był taki wielki plac. I wtedy nasi dowódcy przekazywali Krakowianom tam jakąś ilość ton mąki, cukru, w ogóle żywności na początek. Czyli nasza armia to też miała za zadanie.

Rospolcentrum: Materiały budowlane do odbudowy miasta?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Wszystko szło tam, wszystko, co tam było potrzebne. Bo miasta zostały zniszczone, były potrzebne materiały budowlane. Remont dróg kolejowych, remont dróg szosowych. To wszystko oczywiście było razem z polską ludnością. Ale w większości tymi rzeczami wtedy zajmowali się nasze służby ruchu kolejowego, bataliony inżynieryjne i tak dalej. Za nami już szły jednostki, które udzielały takiej pomocy ludności polskiej. W taki sposób szliśmy. Jarosław, Rzeszów, Tarnów… Przechodziliśmy przez wszystkie te miasta. A potem już wyszliśmy ku Krakowowi. To było w styczniu. Gdzieś 18-19. stycznia zbliżyliśmy się do Krakowa. Pamiętam, że Wisła była zamarznięta. Nasza jednostka prowadziła walki głównie w przedmieściu, w mieście już nie. Walczyliśmy w przedmieściu przez całą noc z 18. na 19. stycznia. Nad ranem wszystko się uspokoiło, i ustawiliśmy się w szyku, jak zwykle. Kierowaliśmy się z północy, a potrzebowaliśmy przejść na inną stronę, na południe, i ruszać się dalej, w kierunku Czechosłowacji. I oto gdy z rana już ustawiliśmy się w szyku i poszliśmy przez miasto, ono było czyste, nie takie, jak zwykle, gdy przechodziliśmy, na przykład, przez Tarnów, przez inne miasta. Tam było wiele zniszczeń, one bardzo ucierpiały, drogi były zasypane kruszywem. A tu na odwrót było bardzo czysto. Urodziłem się w mieście, ale większość żołnierzy była ze wsi, i oni nigdy nie widzieli takiego piękna, jak Kraków, kiedy szliśmy przez niego – centrum, niesamowity zamek, te kościoły, uniwersytet… Przy czym to wszystko było całe, żadnych zniszczeń. No i właśnie cieszyliśmy się. Po pierwsze żołnierze cieszyli się z tego, że zobaczyli takie piękno, a po drugie, że wykonaliśmy zadanie i udało nam się zrobić tak, że Kraków całkowicie ocalał, że zostawiamy go Polakom w takim stanie. Kiedy zdobywaliśmy Kraków, nie używaliśmy żadnej ciężkiej artylerii, żadnego bombardowania nie było, korzystaliśmy jedynie z lekkiej broni strzeleckiej, żeby zachować architekturę miasta. I właśnie już wieczorem odbył się mityng, i nasze dowództwo ogłosiło, że przekazujemy im jakąś ilość żywności. Przekazujemy ileś ton mąki, ileś cukru, jeszcze jakiejś żywności dla Krakowian.  

Rospolcentrum: Co Pan pamięta o mieszkańcach Krakowa?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Moje pierwsze spotkanie z Polakami z bliska było takie. Kiedy szliśmy przez miasto, tam gdzieś wydano rozkaz się zatrzymać, już chyba bliżej tej strony południowej. Zatrzymaliśmy się. A miałem wtedy na wozach karabiny maszynowe, bardzo duże. I widzę: wychodzi z domu jakiś porządnie ubrany człowiek i kieruje się do mnie. Przepraszam… Pan oficer… Czy mogę Pana prosić… Zaczął opowiadać. Wie Pan, mówi, że Niemcy odebrali mi pianino, ale nie wzięli go ze sobą. Znajduje się w tym budynku. I zwraca się do mnie, mówi, może Pana żołnierze mogliby wziąć go i przynieść do mnie. Byłem tak bardzo zaskoczony… Myślałem, że chyba trzeba mu odmówić, bo jesteśmy tuż po walce. A żołnierze mówią: «Towarzyszu starszy lejtnancie! Niech on nam pokaże, gdzie znajduje się to jego pianino! Przyniesiemy go». Byłem bardzo zdziwiony. No widzi Pan, powiedziałem mu, proszę. Proszę pokazać, gdzie jest Pana pianino. Rzeczywiście oni wzięli pianino, przynieśli chyba na pierwsze albo na drugie piętro. On, z kolei, uprzejmie powiedział: «Jeśli Pan zostanie, zapraszam Pana do zatrzymania w moim mieszkaniu!” Kiedy zobaczyłem to mieszkanie, widziałem tam taki lśniący parkiet, było takie czyste… Wydaje mi się, że tam były dwie małe dziewczynki i jego żona. Popatrzyłem na swoje kozaki, na siebie, i mówię: «Nie, dziękuję». No i tu właśnie wydano rozkaz ruszyć się dalej, i poszliśmy. Przy czym tem przypadek potem został tematem rozmowy wśród żołnierzy. Zaczęli o tym rozmawiać. „A gdyby ten Pan przyszedł do niemieckiego oberlejtnanta i powiedział: «Odebraliście mnie to, proszę zwrócić na miejsce». Co by oberlejtnant mu na to? Kim był ten Pan? Dlaczego właśnie nas o to poprosił?” No i wyciągnęliśmy taki wniosek, gdy już zobaczyłem, gdzie znajdowało się to pianino. Tam było takie pomieszczenie ze stolikami. Prawdopodobnie jakiś klub rozrywkowy dla Niemców. I wtedy zrozumieliśmy, że ten Pan chyba grał tam dla Niemców, ponieważ był porządnie ubrany i miał takie mieszkanie. I jeszcze ten Polak zdziwił nas tym, że przyszedł do nas tak po prostu, jak gdyby byliśmy swoimi żołnierzami, swoim polskim wojskiem. I w ciągu całego tego okresu było tak. Mieliśmy dobre stosunki.

A potem wyszliśmy do przedmieścia już z innej strony i zatrzymaliśmy się w pewnym domu. Zaproszono mi tam, powiedziano mi, Pan oficer, proszę zatrzymać się w tym domu. To był dom prywatny, tam i teraz wokół Krakowa znajdują się prawie takie same domy. Zagroda gospodarcza, budynki gospodarcze, duża stodoła z sianem… Ktoś z żołnierzy rozmieścił się tam. Ja i moi oficerowie zatrzymaliśmy się w domu. Tam też była gospodyni, też takie małe dziewczynki, gospodarz. Oni byli bardzo gościnni. A tak się zdarzyło, że gdy już weszliśmy do tego domu i zaczęliśmy tam jeść kolację, przypomniałem sobie i mówię wszystkim: «Przecież mam urodziny!» 18. stycznia. Albo były wczoraj, albo właśnie w tym dniu. Mówię: «Mam dwudzieste pierwsze urodziny! To powód do świętowania». Starszyna i pozostali od razu zaczęli nakrywać do stołu. Gospodyni też dowiedziała się, co się dzieje. Ona ciągle mówiła: «O Matko Boska! O Matko Boska!» Patrzę, a tu gospodarz już też gdzieś tam poszedł do piwnicy, przyniósł solonkę. No i bardzo dobrze spędziliśmy ten wieczór. Śpiewaliśmy piosenki… Gospodyni chodziła wokół stoła i mówiła: «Jakie młode chłopaki! Jakie młode chłopaki!» I w taki sposób ciągle lamentowała: «O, jak ciężko waszym matkom! O, jak ciężko waszym matkom!» Czyli myślała nie tyle o nas, ile o tym, jak ciężko jest naszym matkom. Dlatego taka wzruszająca historia zapadła mi w pamięć.Tam się umyliśmy, udało nam się trochę doprowadzić do porządku, a z rana ona już nas błogosławiała, odprowadzała, udzielała dobrych rad. Oto takie właśnie spotkania z Polakami miałem w Krakowie. Bardzo przyjemne.

Rospolcentrum: Czy Pan mógł wtedy dobrze rozumieć się nawzajem z Polakami? Prawdopodobnie Pan wtedy nie znał języka polskiego?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: W zasadzie tak, niektórzy Polacy nawet mówili do mnie: «Jak Pan dobrze mówi po polsku!» Rzeczywiście jakoś szybko nauczyłem się tych wszystkich wyrażeń codziennych i mogłem wystarczająco porozumiewać się. Więc dość dobrze rozumieliśmy się nawzajem.

Rospolcentrum: A co było dalej?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Nasza niewielka część tej całej armady Frontu Ukraińskiego, która wtedy była w stanie osłabionym, ruszyła się w kierunku Czechosłowacji. Główna część armii poszła na Bratysławę, ku granicom Niemiec – wszystkie oddziały pancerne, katiuszy. A nasza część była osłabiona i z walkami posuwała się na południe. Odbywały się walki o każdą wieś, o każde osiedle. I nagle, pamiętam, gdy sforsowaliśmy Wisłę i wygnaliśmy Niemców z pewnego osiedla… Przechodzimy przez osiedle, wychodzimy w pole i widzimy, że całe to pole otacza drut kolczasty. Widzimy za drutem kolczastym rzędy budynków. Najpierw pomyśleliśmy, że to jest jakaś baza niemiecka, jakieś magazyny. No i potem, gdy już podeszliśmy bliżej, wyszli do nas więźnie. Nawiasem mówiąc nas to trochę zaniepokoiło – z daleko było nie widać, wyszli jacyś ludzie…

Rospolcentrum: Czy mógłby Pan opowiedzieć, jak wyzwalano obóz? 

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Kiedy przyszliśmy, tam już nie było straży. Walka trwała głównie w mieście, w samym Oświęcimiu. Szliśmy ze strony Brzezinki. Straż wtedy już uciekła. Jakieś ostatnie oddziały wojskowe, grupy najpierw były, wyparliśmy je stąd. W jednym miejscu, właśnie u obozu, po naszej grupie – tam szedłem ja, jeszcze inni dowódcy – uderzyła seria z automatu. Położyliśmy się, popadaliśmy na ziemię. Wydawało nam się, że tam był jakiś dwukondygnacyjny budynek, jak szkolny. Ceglany, czerwony. Gdy jeździłem tam potem, szukałem tego budynku. Pomyśleliśmy, że to stąd. A kiedy zadzwoniliśmy przez telefon i zapytaliśmy o wsparcie artylerii, żeby uderzyła w ten bydynek, właśnie wtedy powiedziano nam, że żadnej artylerii nie będzie, i radzono nam też strzelać mniej, bo tam, za drutem kolczastym, znajdują się więźnie, i zbłąkana kula albo ułamek mogą trafić do nich. Tym bardziej, że oni już zaczęli wychodzić z baraków. Dlatego nie polecano nam nawet w razie czegoś korzystać ze strzelb i  karabinów maszynowych. Właśnie wtedy dowiedzieliśmy się. No bardzo dobrze pamiętam, że tuż przy drucie kolczastym było coś w rodziaju autobusu, jakieś pomieszczenie, ale trochę większe. Bez okien. Prawdopodobnie to była wartownia, w której strażnicy grzali się i odpoczywali. Gdy tam weszliśmy, pamiętam, że było takie ciepłe! Wtedy było zimno, już wszyscy przemokliśmy. I gdy już zrobiło się ciemno, zostawiliśmy żołnierzy i tam odpoczywaliśmy, ci, którzy byli wolni. I już następnego dnia zdecydowaliśmy jednak zajrzeć tam, do obozu. Chociaż nie było takiej potrzeby, już musieliśmy ruszać się dalej, do przodu. Ale tym nie mniej weszliśmy tam z grupą. I właśnie około baraku tam stała się grupa więźni. Oni o czymś rozmawiali.

Rospolcentrum: Jak to wyglądało?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: To, co teraz pokazują w filmach, za drutem kolczastym… Oni wyglądali zupełnie inaczej. Dlatego, że to wszystko, to już było potem, to już było strzelanie inscenizowane. Ich już umyto, uczesano, doprowadzono do porządku, dlatego pokazują ich takimi rześkimi za drutem kolczastym. A kiedy tam byliśmy, oczywiście… Byli czymś nakryci, czy jakimiś kocami, czy pledami, ktoś był po prostu w ubiorze więziennym, ktoś czymś ukrył się poza tym ubiorem. Błyszczały same oczy. Zobaczyliśmy ich w takim stroju. To była grupa Węgrów, bo próbowaliśmy jakoś porozumieć się nawzajem – po polsku albo w innych językach. Pamiętam, jak ciągle powtarzali: «Hungary, Hungary». Na początku nawet nie zrozumiałem, o co chodzi, ale potem uświadomiłem sobie: «Przecież to byli właśnie Węgrzy!»

Rospolcentrum: Po tym ruszyliście dalej?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Tak, bo już nie mieliśmy czasu, musieliśmy iść dalej. To oddziały tyłowe mogły się zatrzymywać, gdy tu byli, mogli chodzić i patrzeć na wszystko. A my wykonywaliśmy swoją pracę, wyzwolili i, jak się mówi, do przodu. Do przodu, nad Odrę, za Odrę i tam, do Chechosłowacji.

Irina Iwanowna: Tato, mówiłeś jeszcze wtedy, że tam od razu szły służby medyczne. I kuchni…

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Tak, one przyszły następnego dnia. Najpierw jednocześnie z nami tam przyszły nasze kuchni, zaczęły ich karmić. A następnego dnia – nasze służby medyczne. Mieliśmy w dywizji oddział sanitarny, oto właśnie oni najpierw tam przyszli. Ktoś potrzebował pilnej pomocy medycznej, oni sprawowali ją. Potem, już następnego dnia albo za dzień, tam przybył cały nasz szpital. Tam już zaczęły się kontrole lekarskie, badania ich stanu zdrowia… Już zaczęto doprowadzać ich do porządku.

Rospolcentrum: Czy tam było dużo więźni?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Zajrzałem do jednego baraku i widziałem, że ludzie tam są. W barakach był bardzo cierpki zapach ludzki. Widzieliśmy, że ludzie leżą na pryczach, poruszają się tam. Jak nam potem powiedziano, tydzień przed tym, jak tam przyszliśmy, Niemcy marszem pognali dalej w głąb terenu wszystkich, kto mógł trzymać się na nogach. Jak to nazywano „marsz śmierci”. I jeszcze, gdy podchodziliśmy do obozu, daleko roznosił się zapach spalenizny. Pachniało spalonym mięsem. Niedawno padał śnieg, ale jednak przez śnieg czuć było sadzę. Komory gazowe już wtedy wysadzono w powietrze. Pamiętam, jak tam były zniszczone rury. Zwróciliśmy na to uwagę. Myśleliśmy, że być może to działania naszej artylerii. A potem okazało się, że to oni sami zaczęli wysadzać w powietrze komory gazowe, zacierając za sobą ślady. A ponieważ tam jeszcze zostały ciała zmarłych więźni, oni układali je w taki sposób: warstwa drewna, potem zwłoki, potem jeszcze drewno, potem znów trupy. To były takie olbrzymie stosy. Oblewano je benzyną i podpalano. Wtedy krematoria już nie działały, i właśnie w taki sposób oni wtedy spalały trupy. Mój kolega, który był w innym pułku, opowiadał, że oni weszli do Oświęcimia z innej strony, mówił, że jeszcze to widzieli. Te stosy jeszcze się tliły. A ja tylko czułem zapach spalenizny. Czuliśmy go długo, już wychodziliśmy stąd, a wciąż czuliśmy go. A gdy już zaczęliśmy się oddalać od obozu, tam okazało się kilka obzarów, otoczonych drutem kolczastym, jak na polu szachowym. To tutaj taki kawałek ziemi, to gdzieś indziej. Potem powiedziałem o tym swojej znajomej więźniarce Oświęcimia Irinie Michajłownie Charinej, która dobrze znała układ wewnętrzny obozu, i zapytałem ją, co to było: «Irino Michajłowno, pamiętam, jak zaczęliśmy wychodzić z obozu, miałem wozy, konie – wszystko. Idziemy w jedną stronę – tam jest drut kolczasty. Idziemy w drugą stronę – tam też». Ona powiedziała, że to są kawałki ziemi do pracy. Barak z jakimś tam numerem pracował na jednym kawałku ziemi, otoczonym drutem kolczastym, inny barak – na kolejnym kawałku ziemi, i tak dalej. Ona jeszcze nam opowiadała, że na tych kawałkach ziemi nie było żadnej trawki, wszystkie trawki na tych polach zjedli więźnie. Pamiętam jeszcze, jak wtedy zwróciłem się do swoich oficerów: «Chłopcy, musimy jak najszybciej wydostać się z tej pułapki. Nie daj Boże gdzieś tu będzie jakiś kaemista, zabije nas wszystkich». Bo nie było tam dokąd uciekać, nie dałoby się ukryć – wszystko było otoczone tym drutem kolczastym.

Rospolcentrum: Czy po wojnie Pan był w Oświęcimiu?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Tak, byłem tam w 60. rocznicę, kiedy po raz drugi jeździłem do Polski na uroczystości. Dostałem zaproszenie od polskiego rządu, od Europejskiego Kongresu Żydowskiego wziąć udział w tych uroczystościach. Wtedy jeździłem tam razem z „Pierwszym kanałem telewizyjnym”. Ciągle chciałem znaleźć, gdzie wtedy byliśmy. Ale był taki mróz! Dla Polski to bardzo niecharakterystyczne. Okropny mróz około 20. stopni poniżej zera. I kinooperator powiedział, że jego kamera nie kręci. Widziałem ten wagonik, stał w tym samym miejscu. Tam już było napisane, że to jest własność prywatna, jakieś tam warsztaty, jeszcze coś. Chciałem tam pójść, ale kinooperator mówi: «Już nie mogę, u mnie wszystko jest zamarznięte». Wtedy wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy. Tam jeszcze spotkałem jednego Polaka i zapytałem go: «Czy Wisła znajduje się gdzieś tam?» Powiedział, że tak.

Irina Iwanowna: Tato, opowiedz jeszcze proszę o uroczystych przyjęciach!

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Byłem w Polsce w 60., 65., 68. i 70. rocznicę. Pamiętam, że w 60. rocznicę wszystko odbywało się bardzo uroczyście i po ludzku, tak, jak powinno być. W tym byli zaangażowani nasi reżyserowie, malarze, aktorzy, którzy opracowali scenariusz tego wydarzenia. Tam przyjechał nasz Chór Aleksandrowa. Artyści czytali listy więźniów. To w ogóle była bardzo uroczysta ceremonia. I tam było, wydaje mi się, 38 głów państwa, szefów rządu, wielu działaczy społecznych. Z USA w tym brał udział wiceprezydent Cheney. W ogóle wszystko było na bardzo wysokim poziomie.

Rospolcentrum: Gdzie odbywały się te uroczystości?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: W Krakowie, w słynnym teatrze krakowskim. To było Światowe Forum pamięci Holokaustu. Tę uroczystość razem z polskim rządem zorganizował Wiaczesław Kantor, przewodniczący Europejskiego Kongresu Żydowskiego. Tam były bardzo dobre wystąpienia, dobry stosunek do nas. Część uroczysta, oficjalna – orędzia prezydentów, naszego prezydenta, Kwaśniewskiego [prezydenta Polski od 1995 do 2005 roku], jeszcze kogoś – odbywała się w tym teatrze. Nas wtedy tam było czterech wyzwolicieli. Wszyscy dostali Krzyże Kawalerskie Orderu z białym orłem za zasługi dla Polski. Wszyscy byliśmy w centrum uwagi, oklaskiwano nas. Kwaśniewski traktował nas bardzo uprzejmie.

Rospolcentrum: Proszę Pana opowiedzieć, jak w Pana rodzinie świętuje się Dzień Zwycięstwa?

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: Przyjeżdża do mnie jedna córka, przyjeżdża druga córka z mężem. Wnuki, prawnuki.

Irina Iwanowna: Mamy taką tradycję! 9. maja zbiera się cała nasza rodzina, potem idziemy do parku, tata przyciąga uwagę wszystkich. Biegną do niego dzieci… Dostaje bardzo dużo listów. W zeszłym roku została zorganizowana akcja „Listy Zwycięstwa”, i tata dostał około stu listów. Tata na nie odpowiadał, robiono zdjęcia…

Iwan Stiepanowicz Martynuszkin: 9. maja to święty dzień rodzinny. Jechałem na Defiladę. Zaproszono mi w tym roku też, ale nie pojechałem, bo byłem tam już kilka razy. Ale dziś moja prawnuczka powiedziała do mnie: «Pradziadku, przecież nigdy tam nie byłam!» I potem pomyślałem, że warto było z nią tam pojechać.

Wywiad został przygotowany przez Polinę Powetkiną i Annę Czernową.