KSENIA OLCHOWA: RODZINA ZNA MOJĄ HISTORIĘ

06.05.2022
Najważniejsze / KSENIA OLCHOWA: RODZINA ZNA MOJĄ HISTORIĘ

W ramach akcji „Moja historia: pamięć o Zwycięstwie” publikujemy wywiad z Panią Ksenią Olchową. Rospolcentr życzy Pani Ksenii dobrego zdrowia i pozdrawia ze zbliżającym się świętem Zwycięstwa!

Ksenia Maksymowna Olchowa czyli Krystyna Zenkiewicz, która urodziła się w Polsce i przeszła przez obozy nazistowskie, teraz mieszka w Moskwie. W przededniu Dnia Zwycięstwa Rospolcentr skontaktował się z Ksenią Maksimowną, i ona opowiedziała, jak w dzieciństwie spotkała się z wojną, co musiała przeżyć w tych latach, i jak los przywiódł ją do Rosji, gdzie mieszkała przez większą część życia.

Ksenia Maksymowna, czy mogłaby Pani opowiedzieć, gdzie Pani zastała wojna?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Razem z siostrą urodziłyśmy się w Warszawie, gdzie mieszkali nasi rodzice. W 1939 roku tata już nie żył, gdy pod koniec sierpnia z mamą pojechałyśmy poza miasto. W ciągu następnych kilku miesięcy powrócić do Warszawy nam już się nie udało. Zaczęły latać samoloty faszystowskie, Niemcy wieźli koleją wyposażenie wojskowe. Dlatego wróciłyśmy do Warszawy już zimą. Przeszłam wtedy do drugiej klasy.

Kiedy faszyści okupowali Warszawę, zachowywali się bardzo okrutnie. Codziennie przeprowadzali łapanki, wieszali ludzi na balkonach (przeważnie mężczyzn, partyzantów) i zabraniali ich stąd zdejmować. To było straszne. Myślę, że Powstanie Warszawskie wybuchło częściowo z powodu tego, że faszyści bardzo okrutnie się zachowywali, gdy okupowali Polskę.

Czy Pani brała udział w Powstaniu?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Tak. Miałam wtedy już czternaście lat, a moja siostra miała piętnaście. Nikt nie został ostrzeżony, że trwają przygotowywania do Powstania Warszawskiego. Po pierwsze to był 1. sierpnia, panował upał. Nasza ciocia mieszkała na Woli [dzielnica Warszawy]. Teraz w Warszawie Wola to już faktycznie centrum, ale wtedy to był koniec Warszawy. Tam były takie niewielkie budynki, każda osoba miała tam działkę. Tam jeszcze był cmentarz, bardzo ładny cmentarz żabytkowy, gdzie znajdowała się cerkiew prawosławna i w pobliżu był kościół. Tam grzebano zarówno prawosławnych, jak i katolików. I kiedy zaczęło się Powstanie Warszawskie, były wakacje, mieszkałyśmy u cioci i bawiliśmy się tam na podwórku. Bawiliśmy się w chowanego. Chłopcy nas szukali, a my, dziewczynki, byłyśmy w krzakach, tam było bardzo dużo krzaków bzu. I po południu tam nagle wjechali motocyklami żołnierze niemieccy i zaczęli strzelać po wszystkich… Rozstrzelano tych wszystkich dzieci. Ciocia wybiegła z małym chłopcem na rękach. Ona tylko krzyknęła nam: «Chowajcie się! Uciekajcie, chowajcie się!» Byłyśmy w krzakach, faszyści nas nie zauważyli i pobiegłyśmy na cmentarz. I to był dopiero początek powstania. Schowałyśmy się w grobowcu i siedziałyśmy tam. Niektórzy ludzie pobiegli do kościoła, myśleli, że tam zostaną uratowani, ale rozstrzelano wszystkich. Już potem, po wojnie, kiedy tam przyjeżdżałam, widziałam w tym miejscu tablicę pamiątkową: «Tu zginęło 50 tysięcy warszawiaków».

Ile czasu Pani musiała spędzić wtedy w kryjówce?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Około dwóch dni. Kiedy wszystko ucichło, wyszłyśmy stąd. Przybiegłyśmy do domu. Mama myślała, że już nie żyjemy. Kiedy przybiegłyśmy, ludzie już budowali barykady. I zaczęłyśmy pomagać. Poza tym żołnierze polscy jeszcze robili podkop. Kopali od naszej bramy ku domowi naprzeciwko. Oni już się przygotowywali. Ale chodzi o to, że nikt nie mówił, że będzie Powstanie Warszawskie. Potem przyszedł jakiś żołnierz: «Kto może pomóc?» Nosić granaty i tak dalej. Oczywiście, od razu powiedziałyśmy, że będziemy, bo widziałyśmy, jak faszyści zachowywali się w Warszawie. Byłyśmy łączniczkami, patrzyłyśmy, gdzie są Niemcy. Wyjść na ulicę było niemożliwe – oni od razu rozstrzeliwali. Wszyscy zaczęli ryć, robić przejścia podziemne między domami, żeby chodzić nie po ulicy, ale przez budynki. Zaczęli robić w piwnicach takie wielkie dziury, i właśnie przez te dziury szli do innej piwnicy, i w taki sposób można było przejść całą ulicę od wewnątrz. Siedziałyśmy w piwnicy. Powstanie Warszawskie trwało dwa miesiące. Na początku dawano nam butelki z łatwopalną mieszanką, i rzucałyśmy je do człogów. Potem, gdy już zaczęto zabijać młodzież, dzieci, zabroniono nam to robić. Oni wyciągali ludzi i gnali przed czołgami, żeby mogli jechać dalej. Potem zabijali tych ludzi. Panował głód. Nikt nie robił zapasów żywności. Nikt nie wiedział, że będzie Powstanie. Może ktoś wiedział, prawdopodobnie żołnierze się przygotowywali, ale ludności cywyilnej nikt tego nie ogłaszał. My też nie wiedziałyśmy. Z tego powodu zaczął się wielki głód. Po drugie nie było wody. Wychodzić na ulicę było zupełnie niemożliwe, bo od razu wszystkich rozstrzeliwano. Siły już się kończyły, bo nie miałyśmy co zjeść. Miałyśmy kotkę… Pamiętam, jak mama ją ugotowała. Jeśli, na przykład, gdzieś tam zabito konia albo psa, ludzie wychodzili, chcieli trochę wziąć, odciąć. Ich też rozstrzeliwano.

Pamiętam, jak zobaczyłam czołg. Olbrzymi czołg, nazywał się «Berta». Po polsku nazywał się «krowa», bo przed tym, jak strzelać z «Berty», faszyści obracali ją, i wtedy rozlegał się dźwięk jak gdyby krowa ryczy. I już na podstawie tego dźwięku wiedzieliśmy, gdzie poleci pocisk. A pociski były takie, że całkowicie niszczyły domy. Potem, gdy już byłam tu, w Rosji, pewnego razu jeździłam do Muzeum czołgów w obodzie moskiewskim. I tam zapytałam: «Ciekawa jestem, czy jest wielki czołg, który nazywał się «Berta»?» Kierownik muzeum mnie zrozumiał i doprowadził mnie do niego. Był wielki jak dom! Lufa czołgu była olbrzymia! I właśnie ten olbrzymi pocisk, a może i nie jeden, trafił do naszego domu…

Czy Pani została ranna?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Gdy chodziłam na zadanie. Trzeba było iść na zadanie do Niemców. Tam było bardzo dużo rannych. Nosiliśmy dla nich opatrunki, wodę. Dawano nam wodę, i nie mieliśmy prawa pociągnąć ani łyku. No w sumie pełniliśmy swoje obowiązki. Byłyśmy łączniczkami. I kiedy szłam, bomba z «Berty» właśnie trafiła do domu, zniszczyła go, i przysypano mnie. I kiedy mnie odkopano, zupełnie nie mogłam wstać na nogi. Prawdopodownie dość długo leżałam pod tymi ruinami. I jedna kobieta leczyła mnie masażem, chodziłam potem o kulach.

Wokół byli ranni, wielu ludzi umierało z głodu. Pojawiły się choroby, bo nie było wody. Na podwórkach ryto jamy, żeby zdobyć chociaż jakąś wodę. Nie było żadnej możliwości podejść nad Wisłę. Potem oni już zaczęli rzucać ulotki. W pierwszej ulotce było napisane: «Wychodzicie, bo inaczej będziemy was wszystkich zabijać, i nikt nie przeżyje». I ludzie wychodzili. Bo upał był straszny, wszystkie domy się paliły, głód. Było zawieszenie broni na godzinę, kiedy ani Polacy, ani Niemcy nie strzelali, i ludzie wychodzili z chusteczkami. Mama powiedziała: «Będziemy siedzieć». I nie wychodziłyśmy. Ludzie wychodzili, wierzyli Niemcom, że oni dadzą im obiecane życie. Ale kiedy potem czytałam w gazecie o Procesach Norymberskich, tam było powiedziane, że rozkaz Hitlera i Himmlera był następujący: «Podczas Powstania Warszawskiego Warszawę zrównać z ziemią. Ludzi, którzy się zrzekli, powinni być zniszczeni, a ci, którzy przeżyli – wysłani do obozów koncentracyjnych. Żeby żaden człowiek nie pozostał przy życiu». Na początku wychodziło wielu ludzi. Po raz drugi też wielu. Za trzecim razem już prawie nikogo nie było.

W końcu Pani też nie wyszła?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Szczerze mówiąc już nie miałyśmy sił walczyć. Z nikim już było walczyć, już cała Warszawa była w ruinach. Kiedy rzucili ulotki po raz trzeci, tam było napisane: «Poddajcie się!» Był już koniec września. «Poddajcie się, bo tym razem przylecą samoloty i będą bombardować wszystkie ruiny. Nawet jeżeli ktoś został w piwnicach, nikt z was nie przeżyje». Zdecydowałyśmy z mamą: «Będziemy umierać w Warszawie. Nie będziemy wychodzić». Nie wyszłyśmy. Zaczęłyśmy chorować. Bolały mnie nogi, mogłam chodzić jedynie o kulach. Nawet spać nie poszłyśmy, siedziałyśmy na ławce razem z mamą, i o 6. rano przyleciały samoloty. W ciągu kilku minut wybuchła walka w niebie. Nie udało im się zrucić bomb. Przynajmniej w centrum Warszawy, gdzie byłyśmy. Kiedy one uleciały, zostałyśmy tu, siedziałyśmy i czekałyśmy, co będzie dalej. Mieszkałyśmy w piwnicy przez dwa miesiące.

A co było potem?

Ksenia Maksymowna Olchowa: W październiku, gdy już była kapitulacja, i Bór-Komorowski przyjechał z Anglii, Niemcy po raz pierwszy weszli do naszej piwnicy i rozkazali, żeby wszyscy wychodzili. Jak byłyśmy w sukniach, w obuwiu na gołą nogę. U nas w ogóle nic nie było. Miałam przy sobie swoje kule. Wygnano nas i od razu zaczęto palić piwnicę, żeby tam nikogo nie zostało. Potem dołączono nas do kolumny i zaczęto gnać… Byliśmy ostatni, bo gnano wszystkich ze strony innych dzielnic Warszawy, a my mieszkałyśmy w centrum, w Śródmieście. Po obu stronach stali faszyści z psami i gnali wszystkich. Jeśli ktoś padał albo nie mógł iść, od razu go rozstrzeliwano. Takich było wiele, bo było bardzo dużo starych ludzi, były kobiety z dziećmi.

Już pod wieczór przygnano nas do Pruszkowa. Zobaczyliśmy: cała Warszawa się paliła. Pomieszczono nas w duże pomieszczenie, tam było około dwustu osób, a może i więcej. Nas nie karmiono i nie wypuszczano. Nie wiem nawet, ile czasu tam byliśmy. Kiedy po raz ostatni byłyśmy w Warszawie, pięćdziesiąt lat później, powieziono nas do tego Pruszkowa. Mówię: «Była jakaś bardzo duża sala, i wagon wprost zajeżdżał do tego obozu». A do mnie mówią: «Tak, poprawnie, tam był obóz». I tam wprost we wnętrzu były tory kolejki i stał wagon. Wsadzono nas do wagonów, tych, którzy jeszcze żyli. Na początku nas sortowano. Minął jakiś czas, i Niemcy zaczęli wypuszczać pojedynczo, niektórych naprawo, innych nalewo. Naprawo – tych, którzy jeszcze byli mniej więcej zdolni, nalewo – chorych, kulawych, starych, matek z niemowlętami. No takich nikczemnych. Pomieszczono ich w innym miejscu. Mama krzyknęła nam z siostrą: «Trzymajcie się za ręce, nigdy nie rozstawajcie się!» I ją gdzieś tam rzucono. Potem wsadzono nas do wagonów i powieziono. Przywieziono nas z Pruszkowa do Oćwięcimia. Niektórzy mężczyźni podczas jazdy podnosili deski z podłogi i w jakiś sposób opuszczali pociąg. Byłam o kulach, siostra też była bardzo słaba. Już wszyscy byliśmy chorzy, nikczemni. Wagon długo nie otwierano, potem uszeregowano nas i zaczęto sortować. Powiedli nas do jakiegoś pokoju. Tam stały wielkie kadzie, musieliśmy byli się rozebrać, bo Niemcy bardzo obawiali się tyfusu. Dlatego nie rozbierano nas, rozbieraliśmy się samodzielnie. Ostrzyżono nas wszystkich, umaszczono jakąś maścią i wepchnięto do wielkiej łazienki z przysznicami. To była taka olbrzymia łazienka, tam można było umieścić około dwustu albo trzystu osób. Wyszliśmy. Tam stały wieszaki, i trzeba było się ubrać w jakąś odzież, prawdopodobnie należącą do tych ludzi, którzy już zostali zniszczeni. Po dezynfekcji ubraliśmy się w tę odzież. A potem poprowadzono nas najpierw do kwarantanny, a następnie – do baraku. Później dowiedziałam się, że w tej łazience oni puszczali «Cyklon» – gaz. Potem poprowadzono nas do baraku. Ponieważ nie mogłam się wspinać, byłam o kulach, dostałam dolne łóżko. Były trzypiętrowe. Tam była ziemna podłoga, było zimno. Tam już byli jacyś ludzie.

Byliśmy potrzebni Niemcom, bo brano u nas krew. Kiedy wzięto po raz pierwszy, sprawdzano, jaką krew mamy. Kiedy krew była zła, wtedy jej nie brano, ale gdy była mniej więcej dobra… Kilka razy wodzono nas na pobranie krwi. Wkładaliśmy ręce do takiej dziury, i ktoś tam ją brał. I oczywiście byliśmy bardzo słabi. Do takiego stopnia, że nic nie jedliśmy. Jedzenie do nas przynosili inni więźniowie.

Jak Pani opuściła Oświęcim?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Pamiętam, jak nad Oświęcimiem po raz pierwszy pojawiły się samoloty. I faszyści już zaczęli zniszczać swoje zbrodnie. Zniszczali krematoria, w których palono ludzi. Tam jeszcze wielu ludzi leżało w barakach – około trzystu. Oni ich uszeregowali. To się nazywało «marsz śmierci». Bardzo mała ilość pozostała przy życiu. Oni wszyscy zginęli. A nas znów wsadzono do wagonów. Byliśmy prawie rozebrani. A już była zima, grudzień, było około dwudziestu stopni poniżej zera. Wagony często zatrzymywano. Prawdopodobnie chciano gdzieś nas wysadzić. Ludzie zaczęli umierać. W wagonach były szczeliny, i ludzie stali się układać umarłych w stosy, żeby zamknąć szczeliny. Żyjący grzeli się od umarłych, oni chronili nas przed przeciągiem. Przywieziono nas, zatrzymano wagony, tam już stali się Niemcy z psami. Potem po pewnym czasie nareszcie otwarto drzwi, podstawiono deskę. Wszyscy, którzy mogli, wychodzili. My nie mogłyśmy. Weszli więźniowie z obozu. To już było w Niemczech, w Hamburgu. Oni wynieśli nas na rękach, na szyi. Powieziono nas do obozu kobiecego. Pomieszczono nas tam, ale ponieważ nie mogłyśmy chodzić, nie mogłyśmy już nawet jeść, bo u nas był szkorbut, dystrofia, po pewnym czasie przeniesiono nas do revieru (szpitalu obozowego). Tam już były nie trzypiętrowe łóżka, ale drewniane. Pewnego razu przyszedł gestapowiec, zaczął sprawdzać. Tych, którzy nie mogli wstać, wynoszono na noszach i zabijano. Niektóre kobiety [Polki] przychodziły z obozu na dyżur, sprzątały, zmywały podłogę, czyściły kaczki. Dbały o nas. I one dowiedziały się, że tu są warszawianki, które brały udział w Powstaniu Warszawskim. Leżałyśmy tam dość długo, około dwóch albo trzech miesięcy. Nas nie zabito, bo wstawałyśmy, gdy przychodził gestapowiec. Te kobiety powiedziały do mnie: «Jeżeli nie będziecie wstawać, wyniosą was na noszach. W każdym razie musicie wstać!» Brałam laskę, bo nie mogłam chodzić, i jakby zamiatałam. Mogłyśmy mówić normalnie, chociaż byłyśmy słabe. Potem już zaczęto dawać mi jakieś leki, robiono zastrzyki. Czyli przez cały ten czas, prawie pół roku, po raz pierwszy w revierze zaczęto nas leczyć. Zosia przychodziła do mnie i karmiła, zupełnie nie mogłam jeść, bo już byłam bardzo słaba i chora. Ona mówiła do mnie: «Wiesz, Krystyno, musisz w każdym razie przeżyć i opowiedzieć wszystko, co było z wami. Ludzie powinni wiedzieć!» I właśnie teraz wszystko opowiadam. Przychodziłam do 62. uczelni w Moskwie. Przychodzę do instytutów, akademii, korpusów kadeckich. Zosia powiedziała mi: «Złóż przysięgę! Daj obietnicę!». Złożyłam przysięgę, że będę o tym opowiadać. I to robię. Ona już nie żyje, bo była znacznie starsza od nas.

 Czy Pani pamięta wyzwolenie z obozu?

Ksenia Maksymowna Olchowa: W kwietniu, nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, przybiegły dziewczęta i krzyczą: «Wolność!» Wyzwolili nas Anglicy. Oczywiście opatrzyli nasze rany, obmyli, dali odzież, bo prawie nie mieliśmy odzieży. A potem zebraliśmy się wszyscy razem, ludzi zaczęli się grupować na podstawie narodowości. Tam byli Rosjanie, Niemcy, Francuzi, Anglicy. Tam było dużo ludzi w tych dwóch obozach. Oczywiście, mniej było tam, gdzie był revier. Ludzie szli do domu. Tam było około dziesięciu Polaków, z którymi razem poszliśmy. Oni pomogali, czasami nas nieśli. I w taki sposób dotarliśmy do Polski, do Warszawy. Ale mamy tam nie było, cała Warszawa była zniszczona, nie było żadnego domu. Widzieliśmy to, jeszcze gdy prowadzono nas do Pruszkowa. Same ruiny. Chodziłyśmy po Warszawie. Nie tylko my, tam jeszcze były inne dzieci – biegały, szukały jedzenia. Natknęłyśmy się na żołnierzy, którzy jedli. Oni mówią: «Chcecie jeść?» No i dali nam coś zjeść, i potem już wiedziałyśmy, gdzie iść po jedzenie. I przychodziłyśmy tam codziennie.

Czy to byli żołnierzy radzieccy?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Tego nie wiedziałyśmy, bo nie znałyśmy języka rosyjskiego. Tam był jakiś wojskowy, trochę mówił po polsku. Powiedział: «Proszę opowiedzieć o sobie!» On sam też widział, że jesteśmy chore. Powiedział: «Odwieziemy was tam, gdzie was będą leczyć, i musicie się uczyć. Musicie się uczyć, nie uczyłyście już tyle lat». Czyli zgromadzono nas, był wagon, już zwykły, z miejscami do leżenia. Wydaje mi się, że było piętnaście dzieci, może mniej. Napisano nam nasze imiona i nazwiska. Nie miałyśmy żadnych dokumentów. Ale oni mniej więcej wiedzieli, co mówiłyśmy do nich i skąd jesteśmy. Najpierw przywieziono nas do Brestu, a potem do Bobrujska. Zaczęli wysadzać w różnych miastach po dwie albo trzy osoby. Wysadzono nas w Bobrujsku. Nie znałyśmy języka rosyjskiego, ale już niczego się nie bałyśmy, bo tyle cierpiałyśmy. W wieku czternastu lat już zdążyłam wziąć udział w wojnie i przejść przez obozy koncentracyjne.

W Bobrujsku znalazłyśmy cerkiew. Tam był ksiądz prawosławny. Zrozumiał, że nie jesteśmy Rosjankami. Podszedł do nas i powiedział: «Proszę wszystko opowiedzieć!» A te Polki jeszcze wtedy do nas powiedziały: «Wiecie, nie wszystko opowiadajcie o tym, co z wami było! Na razie. Przyjdzie czas, i będziecie opowiadać wszystko». I on mówi: «Jesteście jakby na spowiedzi. Proszę opowiedzieć wszystko!» I zaczęłam opowiadać po polsku, ale on prawdopodobnie rozumiał, bo język białoruski jest trochę podobny do języka polskiego. Odpowiadał nam w języku białoruskim. Powiedział: «Nidgy nie opowiadajcie o tym, co z wami było. Na razie o tym lepiej nie mówić. Przyjdzie czas, i opowiecie o wszyskim».

Powiedziałyśmy temu księdzu, że potrzebujemy ciepła. Przez długi czas silnie marznęłyśmy, miałam problemy z nogami. W obozie koncentracyjnym prawie nie miałyśmy odzieży. Mówimy: «Chcemy tam, gdzie jest ciepło!» On powiedział: «Ciepło u nas jest na Kaukazie». No to wtedy tam pojechałyśmy. Ale to jest już druga część życia.

 Jak Pani życie ułożyło się po wojnie?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Powieziono nas na Kaukaz, do Krasnodaru. Tam myślano, co z nami zrobić. Już byłyśmy przerośnięte, byłyśmy za dorosłe dla domu dziecka, znałyśmy język rosyjski bardzo źle. Skierowano nas do szkoły łączności. Tam uczyłyśmy się języka rosyjskiego. Kiedy ją skończyłyśmy, dano nam możliwość uczyć się dalej. Oni byli zdziwieni, jak dobrze się uczyłyśmy. Tam było wiele dzieci ze wsi, dziewczynek z Rosji.  Z Leningradu też były. I one zawsze się dziwiły. Bo wiedziałyśmy, że nie mamy nikogo, całe nasze życie zależy tylko od nas, jaka będzie nasza droga życiowa… Przecież nie miałyśmy nikogo – ani mamy, ani taty, ani innych krewnych. Gdyby miałyśmy na kogoś nadzieję, niczego nie udałoby się. Tylko na siebie.

Potem Pani zajmowała się muzyką, tak?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Skończyłam szkołę muzyczną w Moskwie. W Soczi przed tym skończyłam szkołę łączności z wyróżnieniem i pracowałam tam w ciągu trzech lat, ale zawsze byłam człowiekiem sztuki, dobrze malowałam i śpiewałam. Bardzo chciałam zająć się muzyką. Dlatego poszłam do szkoły muzycznej tu, w Moskwie. Ale nie znałam żadnej nuty. Zrozumieli, że jestem z innego kraju, w komisji powiedzieli: «A co Pani może?» Mówię: «Mogę zaśpiewać». Dano mi jakąś piosenkę, zaśpiewałam ją. Powiedzieli: «Ma Pani wyjątkowy głos, piersiowy mezzosopran. Zaliczymy Pani na wydział wokalny. Potem przed zimą będzie Pani musiała zdać nuty i wszystkie inne rzeczy».

Rospolcentr: Czy Pani teraz ma sporą rodzinę?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Mieszkam razem ze starszym synem. Ma teraz 68 lat. Ja mam 92 lata. Mam już wnuki, prawnuki. Rodzina jest spora. Wszyscy mnie lubią i szanują, znają moją historię. Wiecie, teraz prawie nie bywam w domu. Przy «Domu Polskim» zorganizowałyśmy chór «Baśki», śpiewam tam już w ciągu dwudziestu lat. Zorganizowałam tam chór razem z siostrą Ludą (Ludwiką). Uważam, że języka polskiego należy się uczyć za pomocą śpiewania. Śpiewania piosenek polskich.

Pamięta Pani Dzień Zwycięstwa w 1945 roku?

Ksenia Maksymowna Olchowa: W tym dniu byłyśmy w Bobrujsku. Jeszcze nie znałyśmy języka rosyjskiego. Słyszymy z siostrą, że wszyscy strzelają, krzyczą, płaczą. Schowałyśmy się w jakiejś piwnicy. Myślałyśmy: «O Boże, znów wojna!» A tu jakaś babcia idzie i mówi po białorusku: «Wychodzicie! Wojna się skończyła!» Nie zrozumiałyśmy. Ona to zrozumiała, bo patrzyłyśmy na nią i nie wychodziłyśmy. Wtedy ona mówi: «Hitler kaput!» Wyszłyśmy.

Czy Pani była w Polsce po wojnie?

Ksenia Maksymowna Olchowa: Tak. Jesteśmy kombatantami. Już po upadku Związku Radzieckiego kilka razy byłyśmy w Warszawie. Minęło 55 lat. Warszawa całkowicie się zmieniła. Ulice zostały takie same, ale zbudowano nowe domy. Jedyna rzecz, która została, to ten cmentarz. Znajduje się właśnie tam, gdzie był przed tym, ale teraz tam jest więcej grobów. Ten grobowiec, który nas uratował, bo gdyby nie schowałyśmy się w nim, nas też rozstrzelanoby. Tan grobowiec nas uratował. Tam jacyś książęta byli pochowani. On nadal jest tam.

Wywiad został przygotowany przez Polinę Powetkiną i Annę Czernową. Zdjęcia są z archiwum K. M. Olchowej.