WALDEMAR RAŹNIAK: W TEATRZE ROSYJSKIM INTERESUJE MNIE TO, CO WYRÓŻNIA GO OD INNYCH

18.07.2021
Najważniejsze / WALDEMAR RAŹNIAK: W TEATRZE ROSYJSKIM INTERESUJE MNIE TO, CO WYRÓŻNIA GO OD INNYCH

Waldemar Raźniak to prorektor Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie* i polski reżyser teatralny z rosyjskimi korzeniami. Urodził się w Rosji, mieszkał tam zaledwie dwa lata, jednak związek z rosyjską kulturą jest widoczny w jego twórczości i pracy. O różnicach i podobieństwach w kulturze polskiej i rosyjskiej, a także o wielu innych sprawach z Waldemarem Raźniakiem rozmawiała Anna Czernowa, rzeczniczka prasowa Fundacji „Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia”.

Panie Waldemarze, wiem, że w pewnym okresie Pana życia uczył się Pan w Rosji, w  Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej[GITIS – przyp. tłum.] w Moskwie. Czy to prawda?

Tak. Moja mama jest Rosjanką, urodziłem się w Moskwie, większość mojej rodziny mieszka w Moskwie. Wyrosłem na rosyjskich kreskówkach, dlatego kultura rosyjska jest mi bardzo bliska. Moja przygoda z GITIS była już wtedy, gdy studiowałem reżyserię w Warszawie. Wtedy dowiedziałem się, że polski reżyser Jerzy Grotowski swego czasu jeździł do Moskwy się uczyć. Odkryłem bardzo ciekawe zdjęcie, na którym Grotowski znajduje się w garderobie Stanisławskiego, tam stał taki stolik, który zdawał się należeć do samego Stanisławskiego. Na zdjęciu Grotowski opiera się na tym stoliku i patrzy w lustro. Ja też chciałem zobaczyć ten stolik na własne oczy. Dołączyłem do studentów kierunku reżyserskoaktorskiego GITIS na cały miesiąc. To był kurs Jewgienija Kamieńkowicza. Oczywiście miałem czas poszukać tego stolika. W tym czasie znajdował się on w piwnicy Muzeum im. Stanisławskiego. Nie pozwolono mi go dotknąć, ale udało się otworzyć drzwi do piwnicy i popatrzeć na niego z daleka. Można powiedzieć, że wtedy spełniło się jedno z moich marzeń.

Uczył się Pan w Moskwie tylko miesiąc, ale zapewne zdołał Pan zauważyć różnicę między polską szkołą teatralną, a rosyjską. Na czym ona polega?

To dobre pytanie, bowiem w Polsce funkcjonuje cały mit o rosyjskiej szkole teatralnej, a jedocześnie ma się ogromny szacunek do rosyjskiego teatru i kultury. Na przykład teraz prowadzę w akademii teatralnej przedmiot „Sceny w językach obcych”, i z grupy 15 studentów, którzy studiują ten przedmiot, dziesięć od razu „na dzień dobry” powiedziało, że chce pracować z językiem rosyjskim, przy czym połowa z nich do tej pory z rosyjską kulturą nie miała nic wspólnego. To dowód na to, jak silny jest wpływ rosyjskiej kultury, autorów i teatru w kulturze polskiej. W systemie nauki o teatrze na polskich i rosyjskich uczelniach czuje się wspólne wpływy, niektóre idee rosyjskiej szkoły teatralnej ugruntowały się w naszym systemie, choć jest różnica. Myślę, że w Rosji wszystko jest w większym stopniu nastawione na pracę grupową.

Co ma Pan na myśli?

I w Moskwie, i w Petersburgu zdziwiły mnie zwarte, małe trupy teatralne, w których pracują studenci w trakcie nauki. Zazwyczaj mają jedną salę, większość zajęć mają z jednym mistrzem, co tworzy silne związki między nimi. My mamy trochę inny system, który też ma swoje plusy. Jest mistrz, ale on raczej zajmuje się doborem grupy wykładowców dla danej grupy studentów i często nawet nie prowadzi z nimi zajęć. Taka grupa przemieszcza się z jednej klasy do drugiej, dzieli się na mniejsze zespoły i takiego zwartego kolektywu, jak w Rosji, nie tworzy.

Czy w swojej dalszej pracy przydaje się doświadczenie z GITIS?

Myślę, że bardzo. Zrozumiałem to, jak wróciłem z Moskwy. Stworzyłem współczesne przedstawienie na podstawie powieści Stanisława Lema „Solaris” w Poznaniu. To była ciekawa historia: dziennikarze wypytywali moich artystów, dlaczego zgodzili się ze mną pracować, na co jeden odpowiedział: “Ciekawie pracuje się z Waldemarem, ponieważ ma on silnie rosyjskie rozumienie świata”. To była dla mnie coś nowego.

Uważa Pan, że tak nie jest?

Nie wiem. Nie mi o tym decydować, ale kiedy poszedłem na reżyserię w Warszawie, każdy abiturient musiał przynieść sztukę teatralną i uzasadnić ten wybór. Wybrałem „Wiśniowy sad” Czechowa, ale nie dlatego, że to wpadło mi na myśl, ale dlatego, że kiedy byłem dzieckiem, „Wiśniowy sad” czytała mi moja babcia. Czytała jak bajkę z perspektywy kupca Łopachina. Oczywiście to była interpretacja, która opowiadała całą tę historię z punktu widzenia Łopachina jako głównego bohatera, a nie na przykład Raniewskiej. Dla wykładowców było to interesujące, ponieważ nie przyszło im na myśl, aby spojrzeć na tę sztukę od tej strony.

Wiem, że Pana pierwsze doświadczenie z reżyserią teatralną także było związane z klasyką rosyjską?

Tak, moim debiutem teatralnym była sztuka Maksima Gorkiego „Wassa Żeleznowa”. Było to tak. W akademii teatralnej w Warszawie wykładała jedna z najbardziej znanych polskich aktorek – Krystyna Janda. Usłyszałem, że przygotowywała przedstawienie na podstawie „Rosyjskich konfitur” Ludmiły Ulickiej dla telewizji. Akurat zbierałem materiał do szkicu filmowego, który trzeba była stworzyć w trakcie studiów. Pomyślałem, że to szczęśliwy zbieg okoliczności. Spotkałem Jandę na korytarzu i powiedziałem jej, że dobrze znam tę sztukę i jestem gotów uczestniczyć w projekcie jako asystent reżysera. Tydzień później zaczęliśmy pracę, która zakończyła się z sukcesem. Wtedy Janda powiedziała, że zawsze marzyła o zagraniu Wassy Żeleznowej, a tekst napisałby Iwan Wyrypajew [rosyjski reżyser teatralny mieszkający i pracujący w Polsce – przyp. red.], a mi zaproponowała stanowisko asystenta reżysera. Pojechaliśmy na spotkanie z Wajdą, ale okazało się, że nie da rady zająć się spektaklem z powodu problemów zdrowotnych, a Wyrypajew w tym czasie był już zajęty innymi projektami. Zostaliśmy z tym pomysłem sami i byliśmy bardzo rozczarowani. Siedzieliśmy w samochodzie i przeżywaliśmy i wtedy powiedziałem, że czuję, że Janda dobrze wie, jak zagrać w sztuce, a mi jest potrzebny debiut reżyserski. Następnego dnia dowiedziałem się z gazet, że wystawię „Wassę Żeleznową” i był to najszczęśliwszy moment w moim życiu. Tak oto zostałem asystentem Iwana Wyrypajewa, ale musiałem zakończyć z nim współpracę jak tylko dowiedziałem się, że będę wystawiać Gorkiego.

Na podstawie jakich jeszcze dzieł klasyki rosyjskiej wystawił Pan spektakle? Słyszałam o Pańskim spektaklu na podstawie „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa. A nawiasem mówiąc, dlaczego Bułhaków jest tak popularny w Polsce?

Tak, drugą taką dużą przygodą był spektakl na podstawie „Mistrza i Małgorzaty”. To najpopularniejsza powieść w Polsce. Bułhakow w ogóle jest tutaj bardzo popularny, ponieważ w czasach socjalizmu na Polskę silnie działała rosyjska kultura. W tamtym systemie Polska była krajem silnie przeciwstawiającym się tamtemu reżimowi i myślę, że polscy intelektualiści całkowicie intuicyjnie szukali w rosyjskiej kulturze, literaturze te drobne elementy, różne sposoby myślenia, którymi można wyrazić swoje niezadowolenie. Dlatego bardzo popularni są tutaj Brodski, Wysocki, Cwietajewa, Okudżawa, Bułhakow. Dla pokolenia moich rodziców to najważniejsi mistrzowie kultury rosyjskiej. Polakom w „Mistrzu i Małgorzacie” podoba się groteska, poczucie humoru, i, co wspólne z kulturą polską, podejście do religii.

Tak, „Mistrz i Małgorzata” często jest w Polsce stawiany w różnych wariantach.

Dla mnie ten spektakl był rezultatem wizyty w Moskwie i nauki w GITIS. Tam mogłem czytać Bułhakowa i Dostojewskiego w oryginale i artykuły naukowe o ich tekstach. Byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, że w Rosji istnieje na przykład instytut Dostojewskiego czy instytut Bułhakowa, w których naukowcy zajmują się badaniami tego, co na całym świecie mówi się na temat tych pisarzy. W wydawnictwie moskiewskim dowiedziałem się, że są stenogramy spotkań Stalina ze swoimi podwładnymi o losie Bułhakowa. On osobiście podejmował decyzję o tym, czy pisarz wyjedzie, czy nie. Przetłumaczyłem na polski ich fragmenty wraz z zapiskami żony Bułhakowa, która pisała po 20 latach po jego śmierci. Wszystkie te materiały wykorzystałem w scenariuszy związując fabułę z losem samego pisarza i wystawiłem spektakl w akademii teatralnej wraz ze studentami w 2013 roku. Nie można było kupić biletów na spektakl, to był hit.

Od tego czasu nie miałem niestety możliwości wystawienia na poważnie spektaklu na podstawie klasyki rosyjskiej w teatrze, ale co dwa lata przygotowujemy takie sztuki ze studentami.

Jak polskim aktorom udaje się grać role związane z rosyjskimi pisarzami? Czy jest jakaś specyfika czy trzeba im ją wyjaśniać?

Myślę, że obecnie to, co młodym studentom trzeba wyjaśniać, to poczucie opresji. To, co silnie wpisuje się w polską kulturę to duch przeciwstawiania się. Bardzo rozumie się to, że ludzie mogą wpływać na to, jak ułożyć sobie życie. A nad bohaterami u Dostojewskiego, Bułhakowa czy Czechowa zawsze wisi jakieś ostateczne fatum, jakaś siła, dlatego polscy młodzi ludzie często mają takie pytania: „Jeśli tu jest tak źle, to dlaczego bohater nie walczy z tym, czemu nie zmienia swojego życia?”

Często bywa Pan w Rosji. Jak łatwo jest znaleźć wspólny język działaczom kulturowym z Polski i Rosji?

Za każdym razem będąc w Rosji otrzymuje bardzo pozytywny odzew od ludzi kultury, którzy z ogromnym zainteresowaniem odnoszą się do tego, co robimy. Co prawda potem pojawiają się pytania, jak te kontakty wykorzystać w praktyce. Patrzę na Rosję jak na silny, ale jednocześnie pozornie kulturowo zamknięty świat. Prościej jest mi porozumieć się z Rosjanami niż z wieloma moimi przyjaciółmi, ponieważ często przyjeżdżam do Rosji. Nie tak dawno udało mi się zaprosić na warsztaty do Polski dwóch rosyjskich wykładowców: Andrieja Moguczego i Weniamina Filsztinskiego. Teraz próbujemy zorganizować wymianę studencką z GITS. To będzie pierwsza taka wymiana w historii, bynajmniej ja nie znalazłem informacji o tego typu wymianach studenckich między szkołami teatralnymi, jeździli tylko wykładowcy. W lutym przyjadą studenci z GITIS, a we wrześniu zamierzamy wysłać naszych studentów do Moskwy [polsko-rosyjskie wymiany odbywają się we współpracy z Fundacją „Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia – przyp. red.].

Co chciałby Pan zobaczyć w teatrach Moskwy podczas następnej wizyty?

Fajnie byłoby zobaczyć spektakl Władimira Pankowa „Mama”. Wiele słyszałem o pracy tego reżysera. Także fajnie byłoby zobaczyć spektakle Mindaugasa Karbauskisa.

Pana interesują głównie współczesne przedstawienia?

Interesuję się wieloma rzeczami, ale w teatrze rosyjskim interesuje mnie to, co wyróżnia go od innych. W ubiegłych latach ciężko to dostrzec, ponieważ wpływ zachodniego teatru na to, co dzieje się w Rosji, jest bardzo silny. Z ostatnich bardzo uderzył mnie spektakl Andrieja Moguczego „Burza” na podstawie Ostrowskiego [Aleksandra; dramatu o tej samej nazwie – przyp. tłum.] w Petersburgu. To bardzo oryginalny teatr. Swoją drogą, myślę, że i Wyrypajew jest popularny w Polsce, ponieważ on jest na tyle oryginalny w swoich myślach, że nie da się go skopiować. To ciekawe, że pewna hermetyczność i przywiązanie do konkretnych wartości kultury rosyjskiej daje tylu oryginalnych twórców, których nie zobaczymy nigdzie indziej na świecie.

Na polski teatr pewnie też wpływa teatr zachodni?

Tak, w szczególności w ostatnich 20 latach na polski teatr silnie wpływał teatr niemiecki. Tak czy inaczej, mamy też bardzo silne tradycje teatralne, między innymi tradycje awangardowe XX w., Tadeusza Kantora czy Jerzego Grotowskiego. Przez ostatnie 20 lat wpływ z zewnątrz wszedł w pewną równowagę z polskimi tradycjami, na co potwierdzenie często znajduję w ocenach zachodnich krytyków, którzy przyjeżdżają do Polski w poszukiwaniu spektakli na międzynarodowe festiwale. Oni też szukają tego, co odróżnia się od wszystkiego innego, i najczęściej to znajdują. W polskim teatrze ceni się różnorodność: jest wielu różnych reżyserów, podejść, dramaturgów, tekstów, estetyki.

Czy dzisiaj teatr polski i rosyjski funkcjonują oddzielnie, czy są raczej jedną całością?

Systemy edukacji teatralnej w Rosji i w Polsce zostały zbudowane na wspólnym fundamencie, większość tutejszych aktorów tworzy swoje świadome doświadczenie aktorskie na Stanisławskim, tak, jak w Rosji. Oprócz tego, autorzy i teksty przenikają się, ale sama estetyka i podejście do tego, jak wystawić spektakl, są różne. Dlatego myślę, że jeśli na przykład teraz przywiózłbym do Polski typowy, konserwatywny, rosyjski teatr, to być może byłby to dla polskiego widza szok, on byłby zdumiony, że taki teatr jeszcze istnieje.

Ma Pan doświadczenie w przemyśle filmowym. Proszę o tym opowiedzieć.

Nie prowadzę aktywnych poszukiwań twórczych w kinematografii, ale czasami ona „znajduje” mnie. Na przykład film „Mała Moskwa” Waldemara Krzystka o polskim mieście Legnica, swego czasu tak właśnie ją nazywano. Na planie pracowałem jako asystent reżysera, a także zagrałem małą rolę rosyjskiego konduktora w pociągu. Równie ważną przygodą dla mnie okazały się zdjęcia do serialu telewizyjnego o Annie German dla rosyjskiej telewizji. Fajnie było nagrywać wielbłądy na Krymie, który w serialu był Kazachstanem, gdzie Anna German spędziła swoją młodość. Z tą grupą zdjęciową nagraliśmy 4 odcinki, a potem oddaliśmy serial Rosjanom.

I jak wrażenia z filmowania? Oba te epizody tak czy inaczej związane są z Rosją.

Oba te epizody udowodniły, jak silne są wspólne związki naszych kultur. Gdy Krzystek kręcił film ze Swietłaną Chodczenkową w Polsce, to miał marzenie pokazać go w Rosji. Nigdy nie spodziewał się, że film może mieć taką popularność i masowe zainteresowanie. „Małą Moskwę” wyemitowano w Pierwym Kanale [pierwszy program telewizji rosyjskiej – przyp. tłum.] i film, który był nakręcony dla polskiego widza, obejrzała cała moja rodzina w Rosji. To samo stało się z głośnym serialem „Anna German”, nakręconym na zamówienie rosyjskiego producenta. Z początku próbowaliśmy zainteresować ideą serialu polskich producentów, ale usłyszeliśmy, że film o polskiej piosenkarce z radziecką przeszłością nie przypadnie do gustu polskiemu widzowi. A potem polska telewizja musiała wyłożyć ogromne pieniądze, żeby pokazać ten serial w Polsce, tak wielkie było zainteresowanie. Pomimo różnych wątków historycznych, żyjemy razem, blisko siebie i jest wzajemne zainteresowanie.

 *Wywiad został opublikowany w 2018 roku, obecnie Pan Waldemar jest dyrektorem Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie